Ozorek ozorkowi nierówny - Bar Gdański

Jestem na miejscu. Rozglądam się dookoła. Przy wejściu, jak zawsze, dużo grafitti. Niepozorne miejsce, w którym zatrzymał się czas, ten kulinarny także.

Wchodząc do środka słyszę „barszcz ukaiński i ozorki, PROSZZZ!!”. Uśmiecham się do siebie, bo czuję zapach, klimat miejsca. Mój żołądek daje mi znać natychmiast. Staję przed wielką tablicą:



JADŁOSPIS, a w nim: tradycyjne, domowe zupy (pomidorówka, barszcz czerwony, barszcz ukaiński, szczawiowa, żurek a nawet czasem zacierkowa) , dania główne: schabowy, ozorek, mielony, wątróbka, sztuka mięsa czy placek ziemniaczany „gdański”. Są też potrawy wege, np. pierogi ze szpinakiem i serem, pierogi ruskie, kluski leniwe… a wszystko to (i jeszcze więcej) okraszone klimatem barów mlecznych z minionej epoki.


Tak, odwiedzam „Bar Gdański” miejsce, do którego poszedłem na drugiej randce z przyszłą żoną, miejsce w którym bywamy do dziś.


Nie ma tam wytwornych stołów, muzyki w tle, a posiłek nie jest spożywany przy mniej lub bardziej natrętnych pytaniach kelnerów. Można natomiast zjeść pyszne ozorki, które biją na głowę podawane w ostatnio bardzo popularnej restauracji z polskimi potrawami. Można wrócić smakiem do babcinej zupy pomidorowej, którą wielokrotnie próbowało się zrobić samemu w domu, z różnym skutkiem. Można wejść, zamówić jedzenie i wyjść bardzo przyzwoicie najedzonym za przyjazną portfelowi cenę (trzeba jednak od razu zapłacić – co ważne, bowiem ostatnio klient w krawacie, jednak mentalnie „bez krawata”, podnosił raban, że dostał już zupę, więc musi ją zjeść i dopiero zapłaci. Niestety, w kolejce staliśmy grzecznie, czekając, aż pani wytłumaczy klientowi, że tu panują inne zasady. Nikt się jednak nie irytował, bo taki urok tego miejsca).

Dlaczego wspominam o tym przybytku? Ano dlatego, że swego czasu spotkałem się ze znajomymi w restauracji, w której podobno miało być wyśmienite polskie jedzenie. Złożyliśmy zamówienie i czekaliśmy dobre 40 minut, aby ktoś się nami zainteresował. W końcu sobie o nas przypomniano i 3 kelnerów na raz próbowało nas uraczyć winem, potem przepraszało za opóźnienie w zaserwowaniu przystawek, a następnie okazało się, że zamówiona z karty zupa, jednak nie może być zaserwowana, bo dziś mają inną – ale zapomnieli o tym wspomnieć gdziekolwiek. Nie będę się rozwijał na temat tego, jak trudno rozmawiać ze znajomymi, gdy co i raz podchodzi inna osoba z obsługi i pyta o to samo. Otrzymaliśmy zamówione przystawki – smutne 1.5 jajka bez smaku, które miały być faszerowanymi jajkami o wymyślnej nazwie, ozorek „na dwa kęsy” twardy i gumowaty i podroby, przyzwoite, jednak bez wielkiego zaskoczenia. Dania główne majaczyły gdzieś na dużych talerzach – ryba schowana była pod kilkoma warzywami (50 – 70 gramów ryby), a kaczka wyglądała jak porcja degustacyjna. Finał był taki, że rachunek wyszedł po ok. 140 zł od osoby (w tym 12 herbat, bo nie było jak naliczyć zamówionego wina), a wyszliśmy głodni. Rozumiem ideę „sztuki kulinarnej” na talerzu, rozumiem też, że za to się m.in. płaci, jednak lubię zjeść w restauracji tyle, aby nie czuć się później głodnym prawie jak wilk!
Porównałem tę restaurację z „Barem Gdańskim”, bo i tu i tu miałem okazję zjeść ozorki. W pierwszym wspomnianym miejscu czułem się rozczarowany, tym co otrzymałem na talerzu. W drugim, czyli zwykłym barze, za każdym razem jest to mocno smaczne doświadczenie. Może nie są to wymyślne smaki, urozmaicone ogromem ziół, tudzież drogimi składnikami, jednak podstawą jest tu smak – ma być smacznie, dobrze i świeżo, bowiem ilość gości każdego dnia zapewnia tu przerób składników.
Nie chciałbym, abyście mnie źle zrozumieli – są sytuacje, w których warto spotkać się w klimatycznej restauracji, a nie w barze. Są także restauracje, w których można zapewne zjeść ciekawiej, w przyjemniejszej atmosferze itd. Bar Gdański (i generalnie bary mleczne) ma jednak w sobie wielki urok, oparty na fantastycznych domowych potrawach, uśmiechniętych paniach, które z chęcią doradzą, co dziś polecają na obiad oraz fakcie, iż można tam zjeść, za przyzwoite pieniądze, bardzo dobre jedzenie.
W dobie jedzenia na mieście, szybkich przekąsek lub po prostu obiadu, który ma zastąpić ten domowy, warto wstąpić, spróbować i dać takim miejscom szansę. Szukając polskich potraw, takich jak nasze pyszne zupy lub kasze z sosem, to również świetny wybór.

Oprócz Baru Gdańskiego jest kilka takich miejsc, jak np. Bar Marymont, Bar Sady, Bar Barbakan. Każdy położony w innej dzielnicy Warszawy, każdy ze swoim specyficznym urokiem i smakiem. Ostatnio, niestety, barów mlecznych jest coraz mniej. Powstają nowe restauracje, a bary mleczne giną w szarej i pełnej mniej lub bardziej zrozumiałych haseł, rzeczywistości. Pamiętać jednak warto, że takie miejsca są potrzebne, o czym świadczy niedawna walka o Bar Prasowy na Marszałkowskiej i warto wstąpić do nich, póki jeszcze są.

A na koniec dwa przepisy na ozorki:
pierwszy z książki "Umiem Gotować" Marja Ślężańska, Księgarnia J.Przeworski, Warszawa 1935:

Ozór wołowy na szaro
Wymoczyć dobrze świeży ozór, nalać go wodą i odgotować go tak, aby skóra z niego się ściągła, potem nalać świeżą wodą, zasolić, wyszumować, włożyć cebuli, korzeni, listek bobkowy i niech się tak gotuje do miękkości; zostawić go w rosole, żeby nie ostygł. Tymczasem zrobić do niego sos następującym sposobem: zasmażyć mąki z masłem, rozprowadzi rosołem od ozoru, wrzucić dużych rodzynków, migdałów, cienko pokrajanych, trochę skórki cytrynowej, soli cukru, octu winnego, karmelu, wina francuskiego i gotować sos zwolna, aż rodzenki zmiękną. Ozór pokrajać w skośne plastry i polać sosem.

Przepis na ozorki gotowane - z książki Zofii Czerny "Książka Kucharska" PWG Warszawa 1954rok:
ozorki cielęce lub wieprzowe gotowane (do sosów)
- 75 dkg ozorków
- 15 dkg włoszczyzny
- 5 dkg cebuli
- ziele angielskie, liść bobkowy (już nie używamy tego określenia), sól

- ozorki wyszorować pod bieżącą wodą, wyciąć ślinianki (z boku u nasady ozora), opłukać, zalać wrzącą wodą i ugotować na wpół;
- włoszczyznę opłukać, oczyścić, włożyć wraz z przyprawami do ozorków, dodać sól i mięso ugotować bardzo miękko;
- gdy mięso na dogotowaniu wyjąć je, włożyć do zimnej wody, a gdy nieco przestygnie, ściągnąć z ozorków grubą wierzchnią skórę; ozorki włożyć z powrotem do wywaru i dogotować (bardzo miękko);
- miękkie ozorki odcedzić, pokrajać każdy na 2-3 części wzdłuż (zależnie od wielkości) i podawać oblane gęstym sosem.
Podawać z ziemniakami i sosem pomidorowym, chrzanowym, koperkowym, musztardowym przyrządzonym na rosole z ozorków.
Trwa ładowanie komentarzy...