Biznes ślubny w gastronomii - moje potyczki!

Nie wszyscy jednak, w pogoni owej, wiedzą którędy powinni biec. I co wtedy? Czyli przygotowania do ślubu pod kątem wspólnej biesiady...

Jestem teraz w dość gorącym okresie, mianowicie szykujemy wspólnie ślub. To wielkie szczęście, prawda, jednak pułapek po drodze, na które się natknąłem jest wiele. Jak na moje oko, zbyt wiele.



Począwszy od tego, iż biznes ślubny w Polsce ma się świetnie, a plany z rocznym wyprzedzeniem są nie tyle normą, co absolutnym minimum. Tego nie zakładałem. Pomyśleliśmy o ślubie pod koniec listopada i zaplanowaliśmy go 4 miesiące później. Nie wesoło.

Łatwowierny z natury, nie doszukiwałem się haczyków w trakcie rozmów i negocjacji z restauracjami. Pierwszym kryterium była ilość gości - i tu, niestety, odpadło wiele fajnych i pełnych klimatu miejsc, bowiem osób planujemy zbyt wiele, jak na ich progi. (Planujemy maksimum 100 osób, nie planowaliśmy jednak domu weselnego).

Kolejnym kryterium był stosunek kosztów całościowych (jak mi się wydawało) do proponowanego menu i/lub ewentualnych dodatkowych atrakcji. Kreatywności managerów, chciałoby się rzec, nie było końca. Choć, nie do końca. Wiele miejsc na kulinarnej mapie Warszawy, proponuje współpracę na zasadzie "bierz albo spadaj", nie dając możliwości na większe choćby manewry z doborem menu. Inne, owszem, proponują elastyczność w zakresie menu, jednak doliczają w kosztach napoi bezalkoholowych (lub także i alkoholowych ale o tym za chwilę) kwoty, które rysowały na mojej twarzy duży znak zapytania. I tak, z atrakcyjnej oferty za tzw. "talerzyk" robiła się kwota, jak w pięciogwiazdkowym hotelu, z tą różnicą, że gwiazdek jednak brakowało.

Następnie alkohol. Sposoby doliczania za spożycie w tymże dość charakterystycznym pod kątem promili dniu, są wielorakie. Począwszy od liczenia korkowego "per capita", czyli od głowy (kwoty wahają się od 20 nawet do 50 zł za osobę - oczywiście, do tego doliczany jest VAT na fakturze, jak to za usługę), przez liczenie kwoty od butelki (tu kwoty zaczynały się od 10 zł wzwyż), kończąc na doliczaniu za alkohol zakupiony przez restaurację i serwowany gościom (kwoty doliczane do talerzyka, okazywały się, przy obliczaniu "korkowego", całkiem atrakcyjne. Pytanie tylko, jaki to w praktyce alkohol?). Najzabawniejszym w tym był nie sam fakt doliczania "korkowego" za usługę, tudzież doliczanie go wraz z 10% kosztem serwisu od całości kwoty, tylko fakt liczenia dzieci (10 i 12 latków) jako osób, od których naliczyć także należy kwoty od głowy. Znak zapytania na mojej twarzy przybierał rozmiarów wręcz nieznośnych, wymuszając gardłowe "jak to??...". Odpowiedź była prosta "taka polityka restauracji". Koniec, kropka. Nie masz argumentu, to utnij dyskusję.

Kolejnym pięknym akcentem było naliczanie za tzw. talerzyk, proponowanie baru bezalkoholowego oraz alkoholu i po kilku tygodniach przedstawienie wyceny, w której znikąd wzięła się dodatkowa kwota (w wysokości kilku tysięcy złotych) za wynajęcie należącej do owej restauracji sali. Co istotne, absolutnie nie byłem o tym wcześniej informowany, a ufnie wierząc, że przedstawiane są nam realne koszty, o mały włos nie wybraliśmy z przyszłą małżonką wspomnianego miejsca na ten wyjątkowy wieczór. Na szczęście, było jeszcze 2 miesiące do ślubu, więc znowu rozpoczęły się kolejne poszukiwania miejsca.

Menu proponowane w kilku restauracjach różniło się (w tej samej cenie) diametralnie. Okazało się, że w kosztach powiedzmy 200 lub 250 zł od osoby, można przygotować nawet 3 razy więcej potraw z podobnych (lub nawet takich samych) składników.

Okazało się także, że można również bez "korkowego", ale z dogodnymi opcjami, można z uśmiechem w pełni profesjonalnie. Tak, udało się trafić w takie miejsce, gdzie i goście spokojnie się pomieszczą (nikt na siłę nie wciska stolików "jeden na drugim", tylko po to, aby mieć gości i większy rachunek), gdzie jedzenia będzie dużo i smacznie (bo nieodpłatnie narzeczona pojechała smakować menu) i gdzie ten dzień będzie, miejmy nadzieję, wart zapamiętania w każdej najmniejszej sekundzie.
Na szczęście można :)

Nie życzę Wam przejść w trakcie przygotowań, zarówno do ślubu, jak i innych uroczystości. Zwracam Waszą uwagę na tzw. ukryte koszty, czy to za salę, czy za włączoną klimatyzację, czy za dodatkowe 10 metrów, które będzie musiał przejść kelner, serwując potrawy gościom. I życzę Wam dużo szczęścia, czymkolwiek to szczęście dla Was jest!

PS Na temat wyboru sukienek, szycia garnituru, przesłuchiwania muzyki ewentualnych artystów, wyboru atrakcji i innych historii nie będę pisał, choć powiem tylko "nie było lekko" ;)
Trwa ładowanie komentarzy...